Zrazu słabe, dalej lecą. Raz, gdy na zwykłe igrzyska Ponad puste stanowiska Nabujawszy się do sytu, Wróciły do swego bytu, To jest w dziurę przy kominie, Pani matka, w córce, synie, Wnukach, wnuczkach spoważniona. Przyjmując do swego łona, Jak to zawsze panie matki, Rzekła: "Cóż tam, moje dziatki?
Cóż tam słychać?" A więc wzdychać:
"Za naszych czasów wszystko coś szło sporzej,
Teraz raz w raz coraz gorzej". W tej tak wielkiej troskliwości
Najmłodsze puchaczątko, faworyt jejmości,
Ozwało się: "Jakeśmy tylko wylecieli,
Wszystkie ptaki zaniemieli, W kąty każdy jął się cisnąć, Żaden nie śmiał ani pisnąć: My tylko same bujały. Coś tam w krzaczkach ptaszek mały, Co go to zowią słowikiem, Odzywał się smutnym krzykiem; Ale i ten nie śmiał mruczyć, Skoro my zaczęły huczyć".
Po sercu, jak to mówią, matkę pogłaskało,
Że się tak pięknie udało;
Najbardziej, iż pieszczoszek, tak dzielnie wymowny. Myśląc jednak, iż trzeba dać obrok duchowny, Rzekła: "Choć wasz głos piękny, chociaż lot tak spory,
Uczcie się, miłe dziatki, i z tego pokory. Dobrze to jest, iż cudzą ułomność przebaczem: Nie każdemu dał Pan Bóg rodzić się puchaczem".